sobota, 29 grudnia 2012

Prolog


     Po raz kolejny ziewnąłem, przeciągając się na aksamitnej, purpurowej kanapie, w centrum handlowym. Wczorajsza nieprzespana noc dawała mi się we znaki. Kluby w Londynie same proszą się, żeby je odwiedzać, ale za skutki uboczne nie odpowiadają. Muszę pamiętać, żeby następnym razem nie słuchać Malika.

- Louis! Mówię do Ciebie.

Eleanor obrzuciła mnie niecierpliwym spojrzeniem.

- Słucham Kochanie...
- A ta jak Ci się podoba? Cekiniasty Szafir, czy Brokatowy Błękit?

Zapozowała przed sklepowym lustrem, mrugając do swojego odbicia.

- El, jak dla mnie, w obydwóch Ci ładnie.

Prychnęła. Wysiliłem się na uśmiech, żeby potwierdzić moje słowa.

- Lou, nie mogę wyglądać po prosu ładnie, na walentynkowej imprezie. Musi być cudownie, bo nie chcę wypaść przy Perrie i Dani jak szara myszka.

Jej myślenie mnie wykończy.

- Szara myszka? Przecież Ty zawsze się wyróżniasz El.
- Musi być idealnie.

     Nie chciało mi się iść na tą imprezę. Ostatnio nie miałem ochoty na żadną. Przynajmniej nie będziemy musieli iść na 'kolację we dwoje' i nie będę musiał udawać, że wszystko jest dobrze. Bo nie było. Ostatnimi czasy zacząłem rozważać swoją egzystencję i przeraziłem się, jak bardzo pustą i marną jednostką się stałem, w przeciągu ostatniego roku. Znów. Raz na dnie, później szczyt,  a teraz znowu czuję, że spadam. Zmęczyło mnie to.
     Eleanor zaczęła się przesadnie przeglądać, a ja chciałem natychmiast stąd wyjść. Światła jarzeniówek drażniły moje oczy, więc przymknąłem ja z ulgą. Po tym jak przymierzyła kolejne dwie kiecki miałem dosyć.

- El? - skupiłem na sobie jej uwagę. - Muszę jeszcze coś załatwić, zaczekasz?

Pokiwała głową chyba nie bardzo mnie słuchając. Zabrałem torbę i kurtkę za kanapy. Podałem jaj kartę kredytową, za co dostałem buziaka w policzek i wyszedłem ze sklepu.
     Właściwie nie miałem nic konkretnego do zrobienia. Potrzebowałem tylko chwili spokoju. Zjechałem schodami o dwa piętra niżej i zacząłem snuć się po holu oglądając witryny sklepowe. Wszędzie tylko róż, czerwień, serduszka i zakochane pary. Ludzie do walentynek jeszcze tydzień! A ja nawet nie wiem czy chcę je spędzić z moją 'drugą połówką'. Czy w ogóle chcę je obchodzić. Chyba nie.
     Kiedy mijałem sklepy z elektroniką, przypomniałem sobie o kolejnej, zepsutej parze słuchawek w mojej kieszeni, więc wstąpiłem, żeby kupić kolejne. Gdy stałem przy wieszakach wybierając opakowanie, moją uwagę zwrócił chłopak, którego kilka razy mijałem na uczelni. Mam pamięć do twarzy. On oglądał tańsze modele. Z szara czapką naciągniętą na uszy wyglądał smutno. Włożył do koszyka jedno z opakowań. Odwrócił się, a dwóch rozbawionych gówniarzy wsunęło mu do kieszeni jedne z najdroższych słuchawek. Loczek, zamknięty w swoim świecie, nawet tego nie zauważył. No hej! To chyba nie w porządku! Chciałem mu o tym powiedzieć, ale poszedł szybkim krokiem do kasy. Nie wiedziałem jak się nazywa i nie mogłem tez za nim krzyknąć.  Było za późno. Na całym piętrze rozbrzmiał dźwięk alarmu bramek sklepowych. Wiedziałem, że jeśli nie stanę w obronie chłopaka, będzie miał kłopoty. Hola. Od kiedy to ze mnie taka Matka Teresa? Whatever. Kiedy dotarłem do kasy stało już przy nim dwóch ochroniarzy. Ze łzami w oczach i zaskoczoną miną tłumaczył się jednemu z nich, gdy tamten zabrał od niego plecak i zaczął przeszukiwać, czy nie wziął czegoś więcej. Zapłaciłem za siebie i podszedłem tam. Wszyscy gapili się teraz na mnie.

- A pan czego chce? - napakowany gość obrzucił mnie morderczym spojrzeniem.
- Skoro niczego innego panowie nie znaleźli, to ja zapłacę za słuchawki i po problemie prawda?

Wyciągnąłem z portfela pięćdziesiąt funtów i podałem mu. Wymusiłem sztuczny uśmiech.

- Chodź. - rzuciłem do zdezorientowanego chłopaka.

Widząc, że nie ruszył się z miejsca, wziąłem go pod ramię i wyciągnąłem ze sklepu. Był w szoku, więc ciągnąc go lekko za kurtkę, zawlokłem go na ławkę za rogiem. Alarmy już ucichły. Opadł na nią i spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.Usiadłem obok czując się trochę niezręcznie.

- Dziękuję... - wyjąkał. - Ja... Nie musiałeś tego robić, ale dziękuję.

Miał zachrypnięty, niski głos. Przyjemnie brzmiał... Louis upokuj się, Eleanor czeka na górze.

- Ja... - kontynuował. - Ale ja ich nie chciałem ukraść! - Zaczął nerwowo gestykulować wielkimi dłońmi. - Nie mam pojęcia skąd się tam wzięły...

- Ja wiem. - przerwałem mu. - Jacyś młokosi Ci je podrzucili. Pewnie się im nudziło i stwierdzili, że to zabawne.

Jego zielone, przeszklone oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły.

- Louis, ja naprawdę dziękuję. Obiecuję, że oddam Ci te pieniądze... Tylko jeszcze nie teraz, dobrze?

     Czy powinno mnie zdziwić, że zna moje imię? Chyba nie. Takie są uroki bycia zastępcą kapitana drużyny piłkarskiej. Tak, zastępcą.... Malik nigdy mi nie odpuści. Mimo przyjaźni, lubi rywalizować. Wielu ludzi się ze mną witało, choć ja po raz pierwszy widziałem ich na oczy. Byłem po prostu znany. Tak wyszło i tank zostało. To trochę męczy.

- No ja myślę, że oddasz. - zaśmiałem się widząc jego minę.
- Może... Dasz mi swój numer? - zapytał niepewnie wyginając długie palce. - No wiesz... żebym mógł się jakoś z Tobą skontaktować. Na uczelni trudno Cię złapać.

Uśmiechnąłem się blado i wziąłem od niego stary telefon, który mi podawał. Wpisałem ciąg cyfr znanych na pamięć i oddałem aparat.

- Louis! - Doszedł nas głos zniecierpliwionej Calder. - Gdzie Ty się włóczysz, czekałam chyba z dziesięć minut!

Podeszła do nas szybkim krokiem z torbą z sukienką. Nawet nie zwróciła uwagi na loczka.

- Przepraszam Kochanie. - wstałem i zabrałem od niej zakupy. - Wpadłem na... - Cholera, jak on ma na imię?! - kolegę z uczelni i się zagadaliśmy. - wybrnąłem.
- No dobrze, ale już chodźmy. - Spojrzała pogardliwie na zielonookiego chłopaka. - Miło było Ee...
- Harry. - dokończył. - Harry Styles.
- Aha. - rzuciła z ironią w głosie. - Idziemy Lou.

     Ostatni raz obejrzałem się na loczka i odszedłem szybkim krokiem, żeby dogonić Eleanor. Odwiozłem ją prosto do domu, za miastem. Tak, nie mieszkamy razem. I całe szczęście. W samochodzie byłem zmuszony słuchać, jak rozmawia z jedną ze swoich koleżaneczek przez telefon. Bolała mnie od tego głowa. Pocałowała mnie na pożegnanie i zabrała sukienkę. Nawet nie spytałem, którą wybrała. Mało mnie to interesowało. Przez pół godziny jazdy powrotnej, nie myślałem prawie o niczym. Tępo wpatrywałem sie w oblodzone ulice i słuchałem szumiącego ogrzewania. Jestem z El, bo kiedyś traktowałem ją jak przyjaciółkę. Teraz wszystko zaczęło się sypać... może dlatego, że po tak długim czasie przestała przy mnie udawać? Jak mogłem wcześniej nie zauważyć, jak bardzo jest pusta?
     Do mieszkania, które dzieliłem z Malikiem i Perrie, dotarłem koło 23. Nie było ich, a na stole leżała kartka:

" Impreza u Liama. Wpadnij jak chcesz.  - Zayn"

Nawet nie musiał się podpisywać. Jego krzywe bazgroły poznam wszędzie. Impreza? Już lecę! Nie ma szans. Tyle będę miał spokoju. Wziąłem gorący prysznic i zakopałem się w ciepłej pościeli. Długo nie mogłem jednak zasnąć. W głowie krążyły mi dwa słowa. Harry Styles.


___________________________________________________


Pierwsze koty za płoty jak to mówią :p Co myślicie? Jest sens to kontynuować? Piszcie swoje opinie, chciałabym je poznać :3 Z góry przepraszam za wszelkiego rodzaju literówki - rozdział przepisywany z zeszytu na szybko ;)

5 komentarzy:

  1. Fajnie się zapowiada :D Czekam na nn :P
    @_Larry_is_real_

    OdpowiedzUsuń
  2. suuuuuper *___* juz sie zakochałam <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Możesz mnie powiadamiać o kolejnych rozdziałach ? @SwallowGoldfish
    Z góry bardzo dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawie, podoba mi się twój styl. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak! JES. W końcu opowiadanie o tym paringu, którego nie pisze 10-latka z urazem głowy!
    Chciałam przez to powiedzieć, że jest jak na razie fajnie, a ty nie robisz jakiś masakrycznych błędów.

    OdpowiedzUsuń